Kołaczkowo
2 Comments Inwazja z Kanady
Jest takie prasłowiańskie powiedzenie: srają muchy idzie maj. I zasadniczo wszystko się zgadza, maj już jest, nawet jego druga dekada. Są muchy i nawet chrząszcze kanadyjskie. A czy srają, to nie wiem, ponieważ nie widziałem. Natomiast robactwo na pewno gryzie. Wczoraj dzięki muszkom i ich kuzynom chrząszczom na imprezie w Kołaczkowie publiczność nie dopisała, bo od skrzydlatego dziadostwa nie można było się opędzić. Uczestnictwo w takich warunkach nie należy do najprzyjemniejszych.
Krwiożercze bestie dorwały również mnie. Szedłem sobie ulicą Wrzesińską, gdy nagle coś mnie ugryzło w łydkę. Spojrzałem w dół. A tam to bydle, rodem z Kanady. Chrząszcz usiadł na mojej nóżce i wbił swoje kły w moje aksamitne ciało. Polała się krew. Kanadyjczyk zaczaił się na mnie na klonie (notabene którego fotografuję w nocy od kilku miesięcy) i skoczył na mnie jak komandos z Navarony. Nie spodziewałem się Niestety gada przez ten czas nie spostrzegłem dlatego byłem łatwym celem…
Po przegrupowaniu sił, nastąpił kontratak. Szybki uderzeniem z plaskacza uśmierciłem owada. Na dłoni pozostała mi krwista miazga, którą wtarłem w korę klona. Ot taki znak wojownika, jak Predator albo inny Obcy. Wnerwiony całym wydarzeniem poszedłem do domu. W lodówce czekał już kolega Carlsberg…