Ostatnio – chcąc, czy nie – musiałem się zaprzyjaźnić z nowymi kolegami: Zygzakiem McQueenem, Parówą Grzmotem, Królem, Złomkiem, Wójtem, Marianem, Luidżim i innymi samochodzikami. Za autkami – rzecz jasna – przypętała się melodyjka. No cóż, ta melodyjka, była puszczana na moim lokalnym dvd, z częstotliwością za przeproszeniem radiowego power shita playa. Sprawdziła się reguła, że każde shit puszczony sto razy staje się… przebojem. Znajomy, kobiecy głos śpiewał po amerykańsku coś o: pierdzeniu, prutaniu…jestem dziewuchą z wiochy i spier… z domu sratata… Po skomplikowanym śledztwie polegającym na zajrzenie na youtube’a okazało się, że to Sheryl Crow. Przestała się szanować i sprzedała hita pod kreskówkę (o polskiej nazwie Auta – jeśli ktoś się nie domyślił). Po głębokiej analizie faktograficznej doszedłem do tego, że ta animacja (?) została zerżnięta z fabuły o nazwie Days of Thunder (Szybki jak błyskawica) , w której zagrał chłopczyk Tom Cruise. Ale nic to. Puszczona w tango sto raz Sheryl znalazła się w moim absolutnym top ten. Pioseneczka wszakże trywialna, ale z przytupem. Żeby było oryginalnie, nowatorsko i ekscentrycznie, to wklejka będzie z koncertu live, bo tak!
Pamiętacie kultowego inżyniera Mamonia? Ów mózg ścisły podczas rejsu parostatkiem po Wiśle rzekł, że: lubi piosenki, które już kiedyś słyszał. Ta kretyńska myśl stanie się chwilowo lajtmotivem tego bloga. Okazuje się bowiem, że lubię tak samo jak Mamoń. Tylko z tą różnicą, że zajadam się oldskulowymi kawałkami w nieco innym sosie. Musicie wiedzieć, że wzruszam się gdy świetny muzyka z list przebojów wpleciona jest w dobry film, albo serial, (chyba fachowo nazwają to texturami). Wtedy i hicior i film zyskuje na wartości… Ostatnio nagminną praktyką jest odsmażanie starych kotletów i umieszczanie ich w miejscach nieprawdopodobnych, czyli będzie o tym jak globalny marketing próbuje nas oszukać. A my się nie dajemy… Z tego powodu, że trwa żałoba na dzień dobry będzie nieco dramtycznie. Zaczniemy więc od Grzegorza Handela, którego „Sarabande”, została wpleciona w „Barrego Lyndona” – Kubricka.
Pięć lat temu umarł papież. Histeria w Polsce wywołana tym faktem była dla mnie zrozumiała, ale nie do przyjęcia. Wszakże okazało się – z perspektywy czasu – że był to chwilowy napad narodowej obłudy. Przypominało to padaczkę, która pojawia się znikąd, by zniknąć nagle bez śladu. Teraz jest podobnie, i efekty tejże traumy będą również… padaczkowe. Zbyt wiele już pustych deklaracji padło, których racjonalność i zdroworozsądkową wartość wynosi zero. Rzecz jasna żałowałem, że umarł Jan Paweł II, żałuje teraz, że nie ma już z nami Lecha Kaczyńskiego, jego żony, tylu polityków i żołnierzy. Miałem nadzieję, że przyjedzie do Wrześni, że burmistrz, albo ktoś załatwi, że będę LK, mógł zadać choć pytanie, albo coś (Małecki Kownackiego odpytał, więc czemu nie -byliśmy blisko, dowód powyżej). Prezydent Kaczyński bardzo mnie ciekawił. W „Dzienniku” onegdaj przeczytałem serię reportaży (sic!) o kulisach prezydenckiego pałacu. Kaczyński został tam ukazany jako człowiek. Na dodatek zupełnie podobny do mnie, choćby to, że prezydent, tak jak ja lubił sobie dłużej pospać, a rano bez siekiery nie podchodź… Wszystko wskazywało również, że będzie to prezydent, na którego zagłosuję. Nie pozostawiono mi wyboru podtykając platformowego nierozgarniętego aparatczyka, który twierdzi, że polski lotnik poleci na drzwiach od stodoły… Jak napisał Bielan na twitterze, prezydent miał być mały rycerzem w czasie kampanii… szkoda, że już takiego go nie zobaczymy.
Tu i ówdzie pisze się i słyszy się opinie, że samorządy to zbawienie dla Polski. Z drugiej strony, że niby rząd taki nieporadny, marnuje pieniądz europejski, biurokracja i festiwal straconych szans. Za przeproszeniem to shit prawda. Ani samorząd nie jest taki wspaniały, ani rząd słoniowaty. Coraz bardziej się przekonuje, że jest dokładnie odwrotnie. To właśnie ludzie samorządu terytorialnego, zwłaszcza ci na najniższym szczeblu, w gminach są dzisiaj głównymi hamulcowymi.
To w gminach panoszy się jeszcze postkomuna, samorządowa nomenklatura, która steruje niekompetentnymi radami, wójtami i burmistrzami. Społeczeństwo jeszcze nie wybiera kompetencji, a więc w konsekwencji gminami kierują zastępy biurw na okopanych pozycjach. Stąd niektóre wspólnoty po dwudziestoleciu wolnych rad, nadal są w opłakanym stanie, z potężnymi problemami społecznymi i gospodarczymi.
W innych gminach, złota epoka samorządu przyniosła kartele. Najzwyklejsze w świecie zmowy między administracją a biznesem, która ma na celu kontrolowanie procesów politycznych, zwłaszcza wyborczych. W efekcie nie ma mowy o wymianie elit, a więc dopuszczenie nowych ludzi i ruchów do rządów. W związku w magistratach panują dyktatorzy, wsiowi panowie życia i śmierci.
Tako prowda wam powiem…
Czas temu jakiś Jacek Żakowski napisał w „Polityce” o gigantycznym wpływie kultury na inwestycje. Artykuł zaczyna się od pierdów o Balzaku i powiedzonka „nie będę fatygował hrabiny, by zaoszczędzić ludwika”, znaczy fajnie się zaczyna. Po lekturze stało się coś niesamowitego… pomyślałem, pomyślałem, że żyję w mieście buraka, ogórka i marchewki. Uświadomiłem sobie, że we Wrześni nie ma inwestycji, bo nie ma kultury i na odwrót, za to mamy: WOK cudnie pachnący galartem i muzeum z PTTK w środku, a LZS już ustawił się w kolejce. Są też mecenasi, co poza Dodą świata nie widzą. PKP!
Jedyne co się zgadza z koncepcją Żakowskiego, to to, że stawiamy na chóry, a nie kabarety. Mamy swoich ludzi w chórach – doliczyłem się dwóch – a może jest ich więcej. Nie wiem. Nie wiem także czy oprócz śpiewania, wiążą się kulturowo i śpiewają o tym czy we Wrześni zainwestują Chińczycy, Koreańczycy a może Katarczyki. Być może nam coś pięknego wyśpiewają: Idzia bidzia min, sua suła… siang, siang, osjan chuła sinczilesaj kum kum! I jeszcze będzie cudownie…
Fotograf, który zdjął fotkę powyżej będzie prezydentem Najjaśniejszej – niewykluczone że jeszcze w tym roku. Wszyscy poznali oczywiście, że to zdjęcie Radosława Sikorskiego, które wygrało World Press Photo w 1988 r. Przedstawia nieżywych mieszkańców afgańskiej wioski po sowieckim nalocie. Takich prezydentów nam potrzeba, co zdjęcie potrafią zrobić, coś napisać i że tak powiem paru moskali granatem uspokoić. Proszę się nie niepokoić. To nie jest początek kampanii wyborczej Radka Sikorskiego na prezydenta na blogu Filipa Biernata! Oj nie! Jeno chciałem zwrócić uwagę, że w Radku wielu moich rodaków lokuje swoje nadzieje. Chodzę po Kołaczkowie i ciągle słyszę: Change We Need! Yes ,we can! No kurwa obłęd jakiś. Ludzie chcą zrobić czeńdża z Kaczyńskiego na Radka i to w Kołaczkowie! Wydaje mi się jednak, że Lech się tak łatwo nie podda, skąd to wiem? Znikąd! Czuję podskórnie, że Lech się podoba. Bo przecież to Polak jak ty czy ja, tak precyzyjnie odmierzony jak metr z Sevre pod Paryżem.
Każda prognoza pogody brzmi jak wyrok śmierci. Jutro śnieżyca, pojutrze śnieżyca, za tydzień śnieżyca, za miesiąc pieprzona śnieżyca. Gdy to słyszę, to za każdym wiem że moi ukochani chłopacy nie dadzą rady. Pięć centymetrów śniegu i ich nie ma. Albo przywołując olimpijską parabolę to będzie jak skok Eddiego „Orła” Edwardsa, równie komiczny jak krótki. Lecz nie to jest przerażające. Otóż moi kochani drogowcy to jaskiniowcy, którzy patrzą na cienie zafajdanej lodowatej rzeczywistości w niedoświetlonej pieczarze. Stąd problem poznawczy. To powoduje, że zimowi żołnierze nie rozróżniają wiadra od karabinu, drogi odśnieżonej od nieodśnieżonej. W sumie nie wiem co robić, gdy ktoś wmawia mi że białe jest czarne. Postanowiłem działać sam, w samochodzie wożę wielką łopatę antyśniegową, może jeszcze pług sobie do renówki przyczepię i będę świadczył usługi dla ludności… odciętej od świata.
Wszelakiej maści monopoliści mają zazwyczaj dowcip młota kowalskiego. Na przykład ostatnio irytuje mnie Gadu-Gadu. Jakiś czas temu zainstalowałem sobie wersję dziesiątą tego wynalazku, po czym okazało się, że ten szit ma przyspieszenie pociągu towarowego, a więc ten szit wywaliłem, bo jak mawia klasyk: jaja mogą być, ale umyte. Ostatecznie stanęło na wersji siódmej czy fucking coś. I że tak powiem: działa. Ale zafajdane żółte słoneczko nie dawało odporu. Teraz gdy za każdym razem ożywiam to cudowne dziecko polskiego internetu pojawia się kopertka z informacją: Ty kurwa frajerze, jak śmiałeś odinstalować cudowną dziesiąta wersję naszego komunikatora. Teraz chuju ciebie za to ukaramy. Nie będziesz mógł łączyć z numerami powyżej j 17.000.000. Chyba, że przeprosisz i na powrót zainstalujesz dziesiątą wersję.
W łebkach się poprzewracało. Tak myślę, że musi wrócić Jarek i zrobić porządek! Tak Jarku wróć! I wróci stary porządek: zimową porą będą szykować architekci plany budowy dróg, plany budowy dróg, podkreślam jeszcze raz plany budowy dróg, a na wiosnę wyjdziemy z budową dróg i ulic, bo jakie mamy drogi, jakie mamy drogi…
Aha i jeszcze o fotce. To zdjęcie zostało umieszczone w przedostatniej „Polityce” przedstawia Wrześnię z lat okupacji. Tylko nie jestem pewien na jakiej to ulicy się dzieje, chyba na Witkowskiej?
Kiedyś bardzo mnie bawiło budowanie, szykowanie, porównywanie, spisywanie, słuchanie wszelakich list przebojów, bilbordów, top tenów, uk chartów i innych takich wynalazków, ale jak urosłem to mnie przestało to bawić. Ostatnio zacząłem karleć, więc stare głupoty wracają jak morskie fale. A więc postanowiłem znowu zbudować mały top ten, po części dla tego, że Marek Niedźwiedzki, wyprodukował kolejny Top Wszechczasów. Dla niezorientowanych „Niedźwiedź” nadaje teraz ze Złotych Przebojów, bo że tak powiem z „Trójki” sobie poszedł czas jakiś temu. Odkryłem też z przerażeniem, że mój mózg jest sformatowany jak radio z 80’s collection, więc nikogo tutaj nie zaskoczę specjalną wynalazczością. Kolejność przypadkowa. A więc dajesz Biernacik…
Pamiętam, że w licealnym radiowęźle często leciała „Layla”. I to był czas kiedy pierwszy raz to usłyszałem. To była wersja unplugeed, jak dla mnie zjebana, sprofanowana, no ale Clapton wziął swoje od MTV więc…, w radiowęźle komuś najwidoczniej MTV też smarowało. Potem u Kaczkowskiego w „Trójce” czy w innej nocy człowiek usłyszał to co powinien usłyszeć, czyli wersję elektryczną. I teraz mogę się przyznać, że to ja w londyńskim metrze napisałem, że Clapton jest Bogiem.
Dla mnie „Queen” był najlepszy, gdy wchodził do dyskoteki. „Ga Ga” jest klinicznym przypadkiem tegoż, więc panie Rodżerze Taylorze, dziękuję panu za ten beat i perkusję, rakieta normalnie. Jak byłem mały i pytano mnie, co to „Queen” odpowiadałem… ga,ga hehhe.
„Trójka” w 1997 r. transmitowała koncert Camela z kongresowej, a ja to słuchałem i nagrywałem na kasetę. Potęga!, zwłaszcza „Irish Air” w tamtej trójkowo-kongresowej wersji. Ciary chodzą.
Miałem problem, bo nie wiedziałem co wybrać: „Black Celebration”, „Stripped” czy „Halo” albo „Policy of truth”. Padło na ten ostatni, bo to myślę największy power z najlepszych lat Depeszów.
O tej pani pisałem dosyć niedawno. Ale napiszę jeszcze raz. Widziałem koncert Mylen w Bercy retransmitowany przez TVP, gdzieś pod koniec 1996 r. I ten wyemancypowany kawałek zapadł mi w pamięci. Na tyle, że sobie go przypomniałem po trzynastu latach, ba… ściągnąłem sobie cały ten koncert. Pojeb ze mnie i tyle.
Miami Vice za mną chodzą wciąż. Nie wiem z czego, to wynika, może dlatego, że emeryturę chciałbym spędzić pod palmami na Florydzie, jak nie przymierzając minister „Miro”. Na razie pierwszy sezon „Vajsów” i wszystkie płyty Hammera już mam. Teraz trzeba zarobić na „emę”.
Dlaczego Chicago Bulls byli sześć razy mistrzami NBA! Bo Alan Parsons nagrał im intro. Właściwie Bullsi, wyciągnęli mu utworek z niebytu. Myślę koszykówka, słyszę „Sirus”, słyszę „Sirius” myślę Jordan. Czy jakoś tak. Typowy enjdżajzer jak dla mnie.
Kiedyś w moim pokoju wisiały plakaty Depeszów, filmowy poster z Kevinem Costnerem w roli Robin Hooda, a Jean-Claud Van Damme pokazywał swój biceps, było też miejsca dla Mari i Pera. Utwór ten pochodzi z najbardziej zjechanej kasety jaką miałem.
Miało być dziesięć, ale jest osiem. Te dwa muszą sobie jeszcze zasłużyć, no!