Fotograf, który zdjął fotkę powyżej będzie prezydentem Najjaśniejszej – niewykluczone że jeszcze w tym roku. Wszyscy poznali oczywiście, że to zdjęcie Radosława Sikorskiego, które wygrało World Press Photo w 1988 r. Przedstawia nieżywych mieszkańców afgańskiej wioski po sowieckim nalocie. Takich prezydentów nam potrzeba, co zdjęcie potrafią zrobić, coś napisać i że tak powiem paru moskali granatem uspokoić. Proszę się nie niepokoić. To nie jest początek kampanii wyborczej Radka Sikorskiego na prezydenta na blogu Filipa Biernata! Oj nie! Jeno chciałem zwrócić uwagę, że w Radku wielu moich rodaków lokuje swoje nadzieje. Chodzę po Kołaczkowie i ciągle słyszę: Change We Need! Yes ,we can! No kurwa obłęd jakiś. Ludzie chcą zrobić czeńdża z Kaczyńskiego na Radka i to w Kołaczkowie! Wydaje mi się jednak, że Lech się tak łatwo nie podda, skąd to wiem? Znikąd! Czuję podskórnie, że Lech się podoba. Bo przecież to Polak jak ty czy ja, tak precyzyjnie odmierzony jak metr z Sevre pod Paryżem.
Wszelakiej maści monopoliści mają zazwyczaj dowcip młota kowalskiego. Na przykład ostatnio irytuje mnie Gadu-Gadu. Jakiś czas temu zainstalowałem sobie wersję dziesiątą tego wynalazku, po czym okazało się, że ten szit ma przyspieszenie pociągu towarowego, a więc ten szit wywaliłem, bo jak mawia klasyk: jaja mogą być, ale umyte. Ostatecznie stanęło na wersji siódmej czy fucking coś. I że tak powiem: działa. Ale zafajdane żółte słoneczko nie dawało odporu. Teraz gdy za każdym razem ożywiam to cudowne dziecko polskiego internetu pojawia się kopertka z informacją: Ty kurwa frajerze, jak śmiałeś odinstalować cudowną dziesiąta wersję naszego komunikatora. Teraz chuju ciebie za to ukaramy. Nie będziesz mógł łączyć z numerami powyżej j 17.000.000. Chyba, że przeprosisz i na powrót zainstalujesz dziesiątą wersję.
W łebkach się poprzewracało. Tak myślę, że musi wrócić Jarek i zrobić porządek! Tak Jarku wróć! I wróci stary porządek: zimową porą będą szykować architekci plany budowy dróg, plany budowy dróg, podkreślam jeszcze raz plany budowy dróg, a na wiosnę wyjdziemy z budową dróg i ulic, bo jakie mamy drogi, jakie mamy drogi…
Aha i jeszcze o fotce. To zdjęcie zostało umieszczone w przedostatniej „Polityce” przedstawia Wrześnię z lat okupacji. Tylko nie jestem pewien na jakiej to ulicy się dzieje, chyba na Witkowskiej?
Kiedyś bardzo mnie bawiło budowanie, szykowanie, porównywanie, spisywanie, słuchanie wszelakich list przebojów, bilbordów, top tenów, uk chartów i innych takich wynalazków, ale jak urosłem to mnie przestało to bawić. Ostatnio zacząłem karleć, więc stare głupoty wracają jak morskie fale. A więc postanowiłem znowu zbudować mały top ten, po części dla tego, że Marek Niedźwiedzki, wyprodukował kolejny Top Wszechczasów. Dla niezorientowanych „Niedźwiedź” nadaje teraz ze Złotych Przebojów, bo że tak powiem z „Trójki” sobie poszedł czas jakiś temu. Odkryłem też z przerażeniem, że mój mózg jest sformatowany jak radio z 80’s collection, więc nikogo tutaj nie zaskoczę specjalną wynalazczością. Kolejność przypadkowa. A więc dajesz Biernacik…
Pamiętam, że w licealnym radiowęźle często leciała „Layla”. I to był czas kiedy pierwszy raz to usłyszałem. To była wersja unplugeed, jak dla mnie zjebana, sprofanowana, no ale Clapton wziął swoje od MTV więc…, w radiowęźle komuś najwidoczniej MTV też smarowało. Potem u Kaczkowskiego w „Trójce” czy w innej nocy człowiek usłyszał to co powinien usłyszeć, czyli wersję elektryczną. I teraz mogę się przyznać, że to ja w londyńskim metrze napisałem, że Clapton jest Bogiem.
Dla mnie „Queen” był najlepszy, gdy wchodził do dyskoteki. „Ga Ga” jest klinicznym przypadkiem tegoż, więc panie Rodżerze Taylorze, dziękuję panu za ten beat i perkusję, rakieta normalnie. Jak byłem mały i pytano mnie, co to „Queen” odpowiadałem… ga,ga hehhe.
„Trójka” w 1997 r. transmitowała koncert Camela z kongresowej, a ja to słuchałem i nagrywałem na kasetę. Potęga!, zwłaszcza „Irish Air” w tamtej trójkowo-kongresowej wersji. Ciary chodzą.
Miałem problem, bo nie wiedziałem co wybrać: „Black Celebration”, „Stripped” czy „Halo” albo „Policy of truth”. Padło na ten ostatni, bo to myślę największy power z najlepszych lat Depeszów.
O tej pani pisałem dosyć niedawno. Ale napiszę jeszcze raz. Widziałem koncert Mylen w Bercy retransmitowany przez TVP, gdzieś pod koniec 1996 r. I ten wyemancypowany kawałek zapadł mi w pamięci. Na tyle, że sobie go przypomniałem po trzynastu latach, ba… ściągnąłem sobie cały ten koncert. Pojeb ze mnie i tyle.
Miami Vice za mną chodzą wciąż. Nie wiem z czego, to wynika, może dlatego, że emeryturę chciałbym spędzić pod palmami na Florydzie, jak nie przymierzając minister „Miro”. Na razie pierwszy sezon „Vajsów” i wszystkie płyty Hammera już mam. Teraz trzeba zarobić na „emę”.
Dlaczego Chicago Bulls byli sześć razy mistrzami NBA! Bo Alan Parsons nagrał im intro. Właściwie Bullsi, wyciągnęli mu utworek z niebytu. Myślę koszykówka, słyszę „Sirus”, słyszę „Sirius” myślę Jordan. Czy jakoś tak. Typowy enjdżajzer jak dla mnie.
Kiedyś w moim pokoju wisiały plakaty Depeszów, filmowy poster z Kevinem Costnerem w roli Robin Hooda, a Jean-Claud Van Damme pokazywał swój biceps, było też miejsca dla Mari i Pera. Utwór ten pochodzi z najbardziej zjechanej kasety jaką miałem.
Miało być dziesięć, ale jest osiem. Te dwa muszą sobie jeszcze zasłużyć, no!
Dzisiaj będzie o konkursach piękności, czyli nagrodach. Znów okazałem się prorokiem globalnym, gdyż rok temu stwierdziłem w tymże periodyku, że różne Lisy, Olejniki i Żakowskie mają jakoby abonament na Grand Pressa. I co? Słowo ciałem się stało. Tomasz Lis dostał grand priksa za 2009 r., a szczerze pisząc myślałem, że nagrodę dostanie jakiś dziennikarz lokalny z Pcimia Dolnego. Ale wyszło na moje: że w Polsce mamy trzech, czterech dziennikarzy, reszta to sieroty opóźnione w rozwoju zwłaszcza te spoza telewizji i Warszawy. A taki typ jak dziennikarz lokalny nie istnieje w ogóle. I kuniec.
Natomiast Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich ukarało Wojciecha Cieślę z „Dziennika – Gazeta Prawna” przyznając mu tytuł „Hieny roku”. Pan Wojtek rozmawiał z jegomościem, który miał pogrążyć posła Platformy Obywatelskiej, znanego harcownika Janusza Palikota. Sęk w tym, że nie rozmawiał z tym, z którym myślał, że rozmawia. I wyszła z tego klasyczna komedia pomyłek. Dodam tylko, że warszawka już ujęła się za panem Wojtkiem, zebrano nawet jakieś podpisy. Przecież on taki sympatyczny jest, ten pan Wojtek, zostawcie go w spokoju! Moją uwagę za to zwróciła uwagę dobroduszność Palikota wyrażona na jego blogu, słowem dobry jest w te gierki.
Jest taki jeden Biernat, co się mitami zajmuje, Tadeusz profesor. Miałem nieprzyjemność egzaminacyjną z mitologią Biernata. A właściwie z wynalazkiem pod nazwą teoria polityki. Ów Biernat utrzymuję, że tępy lud łyknie nawet najbardziej nieprawdopodobna bzdurę, wystarczy ją atrakcyjnie ubrać. To taka moja luźna interpretacja tegoż. Coś w tym musi być, skoro w życiu nasłuchałem się już bredni, w które ludzie wierzyli jak w Matkę Boską Częstochowską… że ino zapodam kilka, których w przedziwny sposób nie mogę zapomnieć.
1.Litwini dobrze grają w koszykówkę, bo tam u nich konstrukcja koszy pozbawiona jest tablic. Normalnie mają same obręcze przytwierdzone do słupów. Dlatego też młodzież spod Kowna ma tak ułożone nadgarstki, że trafia tylko i wyłącznie czyściochy, bo jak nie ma tablicy, to nie ma od czego odbić piłki… proste nie.
2. Trener były selekcjoner Piechniczek, stwierdził niedawno, że Serbowie dobrze grają w piłkę nożną, ponieważ mają w organizmie geny czetników partyzantów z czasów II wojny światowej. Dlatego mimo trudnej sytuacji gospodarczej w tym kraju młodzież na ofunflanych (nie tam żadnych „Orlikach”) boiskach rżnie w piłkę na potęgę. Wszystko po to, aby się wyjechać grać na Zachód. Jest jeszcze opcja, że chłopaczki lubią po prostu grać, ale nie koniecznie zaraz do NRF-u wyjeżdżać.
3. Piechniczkową teorię o Serbach żywcem pasuje do tej, w której w koszykówkę potrafią grać tylko Murzyni. Kto Murzyna ma, u tego Murzyn gra?
4. Aha, no i Polacy, ci ponoć kontratak wyssali z mlekiem matki. Mamy gen o nazwie husaria, który uruchamia się podczas meczów piłkarskich. Dlatego potrafimy grać tylko z kontry. Z czego zazwyczaj do przerwy wychodzi nam 0:1.
Więcej bzdur nie pamiętam
ale
ciąg dalszy chyba nastąpi…
Jak patrzę na ryj Smudy, to mogę powiedzieć, że nic z tego nie będzie. A jeśli już, to najwyżej kiszka. No, ale dla tak zwanej prasy centralnej – Gazety Wyborczej i nie tylko – to złoty cielec, zbawca, mesjasz, prorok kurna globalny. Choć tu i ówdzie pojawiają się już głosy rozsądku, że ten starszy pan od ponad roku niczego nie wygrał, przegrał prawie pewne mistrzostwo z Lechem Poznań itp., itd.
Parę lat temu przeczytałem wywiad z Maciejem Szczęsnym w Dużym Formacie, i fragment tej rozmowy – który szczególnie zapadł mi w pamięci – pozwoli wam poznać bliżej morfologię Smudy, zwanego również Franzem.
- I jak było w szatni Widzewa?
- Chłopaki przyjęli mnie dobrze. Ale przy pierwszej przemowie trenera Franciszka Smudy dostałem padaczki ze śmiechu. Chłopaki byli przygotowani, postawili kołnierze od dresów, żeby zasłonić usta. “Frantz” mówi: “Dziś zajmiemy się rzutyma rożnami… rzutymi rożnemi…”, z boku ktoś podpowiada: “Trenerze, kornerami”, Smuda: “A chuj, kornerami”, to ja padłem, jakbym był w kabarecie. Ale po dwóch tygodniach byliśmy z “Frantzem” najlepszymi kumplami. Pozwolił mi dojeżdżać codziennie z Warszawy na trening, tylko żebym się nie tłumaczył, że się spóźniłem pięć minut, bo mi dróżnik w Przecławiu opuścił szlaban.
I co wy na to? Już widzę – oczyma wyobraźni – te kornery kadry narodowej…
Jestem groźny dla systemu korporacji. Do tego wniosku doszedłem dzisiaj dłubiąc w nosie. Dokopałem się do oczywistości, że w drodze po prawdę zatrzyma mnie Służba. A Służba może to być różna. Służba Jej Królewskiej Mości może mi podłożyć jakąś Kurylenko, której trudno będzie się oprzeć. Służba Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego jest zaś podstępna. Najdzie mnie w nocy i zapłodni. No i jak wtedy z tym brzuchem będę biegał po mieście z kamerą w ręku lub jakimś długopisem, no jak się pytam. Służba Centralnego Biura Antykorupcyjnego już nasłała na mnie Tomasza Małeckiego. Gościu od dwudziestu lat nie chce się ode mnie odczepić. Służba Niezidentyfikowanych Obiektów Latających może wysłać mnie do Dębiny, gdzie czai się ktoś potężniejszy, i porwą mnie jak nic. Żaden Fox Mulder mi nie pomoże, gdy na Marsie będę prostował banany. Piszę, bo mnie boli, nie… Piszę też yotubem, to co powyżej, to egzemplifikacja mojej mimo wszystko postawy propaństwowej. Szpieg Kondrat - Zacharski z drużyną wychodzi z Iraku, niby nic, a tu nagle góralskie “Krywaniu, Krywaniu”…w środku Bliskiego Wschodu napier…, te filmowce to umieją za jaja zapłać, ah…
Wieści znad Wrześnicy, a właściwie ze wsi stołecznej Kołaczkowo, czyli zewsząd:
1.W gronie fachowców stwierdziliśmy, że za kilka lat będę wrakiem. Wyprutym z życia zombi, psem łańcuchowym ciągle biegającym z torbą na ramieniu z wywalonym ozorem. A przecież mogłem być doktorem, jak chciał tatuś, grzebać w pochwach i brać grubą kasę. Wymyśliłem sobie, że zostanę doradcą do spraw bezpieczeństwa narodowego burmistrza Wrześni, albo wójta Kołaczkowa. Wpierw jednak napiszę książkę na temat rozwoju i znaczenie reżimów międzynarodowych na przykładzie reżimu nieproliferacji broni jądrowej…
2.Myszki Miki schodzą z pól. Zima idzie. Naród w popłochu wykupuje pułapki, bo nikt nie chce mieć gada w domu. Polecamy szklane pułapki, a la Bruce Willis. A on – jak wiadomo – jest niezawodny i zdąża na czas.
3. Eurobasket się skończył. Emocje zerowe, nic nie widziałem. Ale podejrzewam, że był totalny syf i ściema – prasa zresztą doniosła. Wyszło na moje, bo na tym blogu napisałem, że Koszarek będzie podawał do Gortata i tak wespół z zespół coś ugrają, niewiele, ale zawsze coś. Po prostu prorok jestem.
4. Do Wrześni przyjechał Antek, tak to ten sam od Pentliczka i Entliczka. Otwarł „Orlika”. Potem poproszono mnie, abym ja otwarł (a właściwie przetestował), a wiadomo że robię wszystko po swojemu, co widać na załączonym video.
A więc wojna. Jakiś pancernik podpłynął na dwa metry i wali jak do kaczek. Widzę ludzi na koniach - hej szable w dłoń, szable w dłoń – i ten tego panie na czołgi; normalnie szabelkami w te lufy od czołgów walą. Z boku ktoś film kręci i tak zostanie na wieki wieków amen. Był jeszcze taki kapitan co się granatem rozerwał – niby samuraj taki, ale raczej z deklem miał. Zwrot zaczepny nad bzdurą, ależ to piękne było. Do nieba czwórkami szli. Prezydent charczał do mikrofonu, i z tego powodu bohaterem był. Orzeł uciekł był i przepłynął, cały Bałtyk bez mapy, by trafić na angielską minę. Widzę mięso armatnie z bitwy powietrznej angielskiej, spod Lenino i Monte Cassino. Widzę też ten handelek teherański i jałtański i tak sobie myślę, że my ty wojny panie ładny nie wygrali…
Dzień dobry, dzień dobry, dzień dobry, po trzykroć dzień dobry, jak mawia klasyk… Jak wszyscy widzą jest mały zastój, więc panie ładny do roboty!
Spis rzeczy ostatnich:
W ostatniej „Polityce” luknąłem na reportaż o paparazzi (czy to się kuźwa jakoś odmienia?) zwanych z polska ponoć paparatami. Tekst jak tekst, rozbawił mnie slang używany przez jak to ujęto fotografów tabloidalnych. Na przykład: ryje – to celebryci, ścierwojad – paparazzi, kotleciarz – fotograf grzecznych kronik towarzyskich, żywiec – spontaniczne zachowanie ryja, który nie wie, że go fotografują.
Małecki pożyczył mi „Newsy w sieci. Internet i dziennikarstwo”. Przeleciałem z grubsza. Zainteresowały mnie podrozdzialiki o blogach. I co się stało się? Dziennikarzy w Stanach wywalają z pracy, za to że „po godzinach” piszą na blogach (nawet tych co majstrują pod pseudonimem). Robotę stracił m.in.: Steve Olafson z „Houston Cronicale”, swoje blogi zamknęli też Kevin Sites z CNN, i Josuha Kucera z „Time”. Znacie ich prawda? A u nas co? Blog nadal mylony jest z blokiem. I na stojąco pod szafę wchodzi.
Nasi tu byli, to znaczy w Canal+Sport . Okazuje się, że program Liga+, i inne programy sportowe, robione są w iMovie (przynajmniej tak to wygląda). I że tak powiem, człowiek co nieco podpatrzył. Przyda się.