* You are viewing the archive for the ‘Film’ Category

Strange

Rok 1977, to był piękny rok. W szpitalu wrzesińskim wylazłem na świat, a Gierek zapisywał w konstytucji wieczną przyjaźń z ZSRR. Po drugiej stronie globu rozgrywał się jednak dramat w pewnym jacuzzi.  Otóż w gotującej się wodzie Roman Sławny Reżyser Filmowy nacisnął dziewczynkę. W ten sposób Roman stał się gwałcicielem, żeby nie powiedzieć pedofilem, dla amerykańskiego systemu wysokiej klasy skurwysynem, którego trzeba zamknąć. Roman miał szczęście, że nie działo się to w Chinach, bo zapewne ucięto by mu jaja na jakimiś stadionie, pełnym rozbawionej tłuszczy. A tak Romeczka dorwano w luksusowej Szwajcarii, dopiero po 33 latach! Po czym wypuszczono na wolność. Sprawiedliwości nie ma na tym świecie, a Dostojewski przewraca się w grobie, ponieważ jest zbrodnia, ale nie ma kary…
Dotknął mnie dysonans poznawczy. Romek, choć zbokas, to jednak robi dobre filmy ocierające o geniusz. I nie chodzi tutaj o Pianistów, czy inne późniejsze hity kity, ale powiedzmy sobie wcześniejszą twórczość. I co tu zrobić? Spalić książkę o Polański w kominku? Zmiażdżyć DVD z filmami? Wyrzucić go z pamięci? Złożyć samoobywatelską krytykę? Zapaść się pod ziemię? Może przyłączyć się do chóru zwolenników? Muzyczka, jak widać i słychać powyżej przyplatała się sama.

Jack

audio-jack-nicholson-on-the-josh-innes-show

A więc to już koniec. Lakers win! Nie chce być kontrowersyjny, ale… stwierdzam że wiedziałem już o tym, gdy zobaczyłem ich pierwszy mecz w tym sezonie (chyba listopad 2009). Przyszedł jeszcze Ron Artest i byłem pewny, że będzie to przysłowiowy gwóźdź programu..i trochę był. W istocie rzeczy urzekła mnie bardziej historia Boston Celtics. Wańka wstańka zakończonych rozgrywek. Celtowie człapali cały sezon, by potem w play-offie zniszczyć LeBrona i stoczyć pasjonujący bój z Lakers. Dobra, to podsumowanie już jest. Teraz o tym, co ten cały burdel ma wspólnego z kinem. Otóż ma. Dziesiąta muza przez całe finały siedziała sobie na trybunach. Muza personalizuje się bowiem w Jacku Nicholsonie – karnet na Lakersów od 1970, trzy Oskary, dwadzieścia nominacji… kolega Polańskiego od dzikich orgii, Jack Torrence z “Lśnienia”, MacMurphy z “Lotu”…żeby jakoś się utrzymać w tematyce. Jack gra tutaj trochę w kosza. Luj zwyczajny…Nikt tak jak on nie rżnie Jessici Lange… A wy lubicie Jacka?

Parówa Grzmot & Company

wielka-053

Parówa Grzmot vel Grzmot Parówa

Ostatnio – chcąc, czy nie – musiałem się zaprzyjaźnić z nowymi kolegami: Zygzakiem McQueenem, Parówą Grzmotem, Królem, Złomkiem, Wójtem, Marianem, Luidżim i innymi samochodzikami. Za autkami – rzecz jasna – przypętała się melodyjka. No cóż, ta melodyjka, była puszczana na moim lokalnym dvd, z częstotliwością  za przeproszeniem radiowego power shita  playa. Sprawdziła się reguła, że każde shit  puszczony sto razy staje się… przebojem.  Znajomy, kobiecy głos śpiewał po amerykańsku coś o: pierdzeniu, prutaniu…jestem dziewuchą z wiochy i spier… z domu sratata… Po skomplikowanym śledztwie polegającym na zajrzenie na youtube’a okazało się, że to Sheryl Crow. Przestała się szanować i sprzedała hita pod kreskówkę (o polskiej nazwie Auta – jeśli ktoś się nie domyślił). Po głębokiej analizie faktograficznej doszedłem do tego, że ta animacja (?) została zerżnięta z fabuły o nazwie Days of Thunder (Szybki jak błyskawica) , w której zagrał chłopczyk Tom Cruise. Ale nic to.  Puszczona w tango sto raz  Sheryl znalazła się w moim absolutnym top ten. Pioseneczka wszakże trywialna, ale z przytupem. Żeby było oryginalnie, nowatorsko i ekscentrycznie, to wklejka będzie z koncertu live, bo tak!

Lubię tak samo jak Mamoń

 

Pamiętacie kultowego inżyniera Mamonia? Ów mózg ścisły podczas rejsu parostatkiem po Wiśle rzekł, że: lubi piosenki, które już kiedyś słyszał. Ta kretyńska myśl stanie się chwilowo lajtmotivem tego bloga. Okazuje się bowiem, że lubię tak samo jak Mamoń. Tylko z tą różnicą, że zajadam się oldskulowymi kawałkami w nieco innym sosie. Musicie wiedzieć, że wzruszam się gdy świetny muzyka z list przebojów wpleciona jest w dobry film, albo serial, (chyba fachowo nazwają  to texturami). Wtedy i hicior i film zyskuje na wartości… Ostatnio nagminną praktyką jest odsmażanie starych kotletów i umieszczanie ich w miejscach nieprawdopodobnych, czyli będzie o tym jak globalny marketing próbuje nas oszukać. A my się nie dajemy… Z tego powodu, że trwa żałoba na dzień dobry będzie nieco dramtycznie. Zaczniemy więc od Grzegorza Handela, którego „Sarabande”, została wpleciona w „Barrego Lyndona” – Kubricka.

Telepatyczny gwałt

Młody rozpoczął dzieło nawracania mnie na fantastykę naukową zwaną w pewnych kręgach science – fiction , albo też si-fi. W tym celu podetknął mi książkę do czytania w tym właśnie gatunku. No i co? Lektura( „Droga” C. McCarthy) była przepyszna! Uwzględniając zwłaszcza obfite opisy kanibalizmu, a więc był rożen z niemowlaka, hot-dog z noworodka, a także włochate golonki, tyle że ludzkie.  
Zdałam sobie sprawę, że ja to lubię….Patrząc ostatnio w pudło wypatrzyłem(w ramach powtórki) serial Star Trek – Następne Pokolenie.  Cudowne bzdury! Telepatyczne gwałty, rozmowy z obcymi cywilizacjami za pomocą metafor itp. itd. Ale przede wszystkim te zakute ryje kosmitów… jak i załogi Enterprice`a , choć nie wszystkie. Niech moc będzie z wami!

Antyklerykalne farenheity


1,04% from hafciarka on Vimeo.

Dobra – wcale niezagubiona – duszyczka podesłała mi linksa z powyższym materiałem, ba to nawet film dokumentalny (pod warunkiem że to nie totalna ściema). Przedstawiona została w nim historia emerytowanej lekarki, która w pojedynkę walczy o to, aby jej podatek PIT nie był przekazywany na kościół katolicki. Albowiem babcinka jest niewierząca, w związku z tym nie życzy sobie sponsorować tej instytucji.
U nas kościół i państwo to w zasadzie jedno, więc system uderza w staruszkę jak matrix. I to jest w tym wszystkim najsmutniejsze. Film utrzymany w stylu Michaela Moora, zachowując rzecz jasna trzeźwe proporcje, ale obrazoburczość i demaskatorstwo jakby to samo, amerykanskie…    

Nie róbcie scen!

To tak oklepane, że aż mam torsje. Ale po raz kolejny muszę przytoczyć kwestię z „Rejsu”: Patrzę, patrzę na to… No i aż mi się chce wyjść z… kina proszę pana… I wychodzę….Tak w skrócie można zrecenzować okrzyczane „33 dni z życia” Małgorzaty Szumowskiej, które niedawno obejrzałem na moich piętnastu calach. O czym to? Tako rzecze filmweb.pl:  To przejmująca i bardzo osobista opowieść o doświadczeniu, jakim jest śmierć bliskiego członka rodziny. O tym jaki ma to wpływ na rodzinę, jak dekonstruuje i bezpowrotnie zmienia życie wszystkich osób.
Już  po takim anonsie straciłem zapał do tego obsypanego nagrodami dzieła (Złote Lwy w Gdyni za reżyserię), albowiem z opisu wynika, że jest to jakiś dramat psychologiczny, no i był. Temat wtórny: mama umiera mi na raka i jest mi źle, a potem umiera mi tata i jest mi jeszcze gorzej. Kręgosłup scenariusza jak ze szkolnej rozprawki. Na dodatek ujęty tanio, bo autobiograficznie, słowem na ekranie umierają sławni Szumowscy. Ale to recenzentom wystarczyło aby chwalić film pod niebiosa, po tata i mama przecież, to była elita intelektualna kraju. Warszawka i krakauka wzruszyła się do łez.
Na szczęście niedoskonałości arcydzieła zauważyło też kilka miesięcy temu jury 33 Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, które nagrodę główną przyznało „Małej Moskwie ” Waldemara Krzystka. Wszyscy mieli dość dołujących tematów, wiecznych umartwień i nagród, które niektórym należały się jakoby z urzędu.
A więc nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Mdłe zdjęcia (maż pani Szumowskiej), banalne sceny i postacie, jakieś wydumane chwyty i do tego parę kurw i chujów na okrasę. Czy to europejskie kino? Tak, na razie trzecioligowe…

 

tb_pathToImage = "http://filip-biernat.pl/wp-includes/js/thickbox/loadingAnimation.gif";tb_closeImage = "http://filip-biernat.pl/wp-includes/js/thickbox/tb-close.png";