sty 3, 2010 - Tak ogólnie    No Comments

Teraz walnę niedźwiedzia po swojemu

Kiedyś bardzo mnie bawiło budowanie, szykowanie, porównywanie, spisywanie, słuchanie wszelakich list przebojów, bilbordów, top tenów, uk chartów i innych takich wynalazków, ale jak urosłem to mnie przestało to bawić. Ostatnio zacząłem karleć, więc stare głupoty wracają jak morskie fale. A więc postanowiłem znowu zbudować mały top ten, po części dla tego, że Marek Niedźwiedzki, wyprodukował kolejny Top Wszechczasów. Dla niezorientowanych „Niedźwiedź” nadaje teraz ze Złotych Przebojów, bo że tak powiem z „Trójki” sobie poszedł czas jakiś temu. Odkryłem też z przerażeniem, że mój mózg jest sformatowany jak radio z 80’s collection, więc nikogo tutaj nie zaskoczę specjalną wynalazczością. Kolejność przypadkowa. A więc dajesz Biernacik…

 

Pamiętam, że w licealnym radiowęźle często leciała „Layla”. I to był czas kiedy pierwszy raz to usłyszałem. To była wersja unplugeed, jak dla mnie zjebana, sprofanowana, no ale Clapton wziął swoje od MTV więc…, w radiowęźle komuś najwidoczniej MTV też smarowało. Potem u Kaczkowskiego w „Trójce” czy w innej nocy człowiek usłyszał to co powinien usłyszeć, czyli wersję elektryczną. I teraz mogę się przyznać, że to ja w londyńskim metrze napisałem, że Clapton jest Bogiem.

Dla mnie „Queen” był najlepszy, gdy wchodził do dyskoteki. „Ga Ga” jest klinicznym przypadkiem tegoż, więc panie Rodżerze Taylorze, dziękuję panu za ten beat i perkusję, rakieta normalnie. Jak byłem mały i pytano mnie, co to „Queen” odpowiadałem… ga,ga hehhe.

„Trójka” w 1997 r. transmitowała koncert Camela z kongresowej, a ja to słuchałem i nagrywałem na kasetę. Potęga!, zwłaszcza „Irish Air” w tamtej trójkowo-kongresowej wersji. Ciary chodzą.

Miałem problem, bo nie wiedziałem co wybrać: „Black Celebration”, „Stripped” czy „Halo” albo „Policy of truth”. Padło na ten ostatni, bo to myślę największy power z najlepszych lat Depeszów.

O tej pani pisałem dosyć niedawno. Ale napiszę jeszcze raz. Widziałem koncert Mylen w Bercy retransmitowany przez TVP, gdzieś pod koniec 1996 r. I ten wyemancypowany kawałek zapadł mi w pamięci. Na tyle, że sobie go przypomniałem po trzynastu latach, ba… ściągnąłem sobie cały ten koncert. Pojeb ze mnie i tyle.

Miami Vice za mną chodzą wciąż. Nie wiem z czego, to wynika, może dlatego, że emeryturę chciałbym spędzić pod palmami na Florydzie, jak nie przymierzając minister „Miro”. Na razie pierwszy sezon „Vajsów” i wszystkie płyty Hammera już mam. Teraz trzeba zarobić na „emę”.

Dlaczego Chicago Bulls byli sześć razy mistrzami NBA! Bo Alan Parsons nagrał im intro. Właściwie Bullsi, wyciągnęli mu utworek z niebytu. Myślę koszykówka, słyszę „Sirus”, słyszę „Sirius” myślę Jordan. Czy jakoś tak. Typowy enjdżajzer jak dla mnie.

Kiedyś w moim pokoju wisiały plakaty Depeszów, filmowy poster z Kevinem Costnerem w roli Robin Hooda, a Jean-Claud Van Damme pokazywał swój biceps, było też miejsca dla Mari i Pera. Utwór ten pochodzi z najbardziej zjechanej kasety jaką miałem.

Miało być dziesięć, ale jest osiem. Te dwa muszą sobie jeszcze zasłużyć, no!

Got anything to say? Go ahead and leave a comment!

*