Nie róbcie scen!
To tak oklepane, że aż mam torsje. Ale po raz kolejny muszę przytoczyć kwestię z „Rejsu”: Patrzę, patrzę na to… No i aż mi się chce wyjść z… kina proszę pana… I wychodzę….Tak w skrócie można zrecenzować okrzyczane „33 dni z życia” Małgorzaty Szumowskiej, które niedawno obejrzałem na moich piętnastu calach. O czym to? Tako rzecze filmweb.pl: To przejmująca i bardzo osobista opowieść o doświadczeniu, jakim jest śmierć bliskiego członka rodziny. O tym jaki ma to wpływ na rodzinę, jak dekonstruuje i bezpowrotnie zmienia życie wszystkich osób.
Już po takim anonsie straciłem zapał do tego obsypanego nagrodami dzieła (Złote Lwy w Gdyni za reżyserię), albowiem z opisu wynika, że jest to jakiś dramat psychologiczny, no i był. Temat wtórny: mama umiera mi na raka i jest mi źle, a potem umiera mi tata i jest mi jeszcze gorzej. Kręgosłup scenariusza jak ze szkolnej rozprawki. Na dodatek ujęty tanio, bo autobiograficznie, słowem na ekranie umierają sławni Szumowscy. Ale to recenzentom wystarczyło aby chwalić film pod niebiosa, po tata i mama przecież, to była elita intelektualna kraju. Warszawka i krakauka wzruszyła się do łez.
Na szczęście niedoskonałości arcydzieła zauważyło też kilka miesięcy temu jury 33 Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, które nagrodę główną przyznało „Małej Moskwie ” Waldemara Krzystka. Wszyscy mieli dość dołujących tematów, wiecznych umartwień i nagród, które niektórym należały się jakoby z urzędu.
A więc nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Mdłe zdjęcia (maż pani Szumowskiej), banalne sceny i postacie, jakieś wydumane chwyty i do tego parę kurw i chujów na okrasę. Czy to europejskie kino? Tak, na razie trzecioligowe…
