Będąc studenciną, mój promotor mawiał, że każdy dziennikarz, powinien w tygodniu czytać wszystko co znajduję się między „Nie” a „Tygodnikiem Powszechnym”, bo wtedy nic ważnego człowiekowi nie umknie, i co więcej adept otrzyma odpowiednią dawkę różnych poglądów, co uchroni go przed skrzywieniem ideologicznym. Nie będę tu ściemniał, że się stosowałem do tych wskazówek, ponieważ prawda jest taka, że w moje łapska wpadało częściej satyryczne „Nie” niż nobliwy „Tygodnik Powszechny”.
Jednak duch „TP” nie dawał mi spokoju. W dłuższych okresach, mój nos tkwił w dziełach zebranych Kisiela. Były już to wtedy teksty nieco historyczne, ale mimo to czytałem z wypiekami na twarzy. Dziwiłem się strasznie, że w katolickim piśmie mogły ukazywać się, aż tak mięsiste felietony. Wyglądało to jakby „Tygodnik” dawał na swoich łamach miejsce publicystycznemu łobuzowi z premedytacją, tylko po to, aby kulturalne, po katolicku bił w komunę…
Informacje o trudnej sytuacji „Tygodnika” przyjąłem ze strasznym zdziwieniem. Tym bardziej, że ostatnie zmiany formatu i layoutu gazety utwierdzały mnie w przekonaniu, że idzie ku lepszemu. Pismo przestało być blachą i wertowanie nie wymagało już specjalnych umiejętności gimnastycznych. Na dodatek w necie czytam bloga Michała Okońskiego o angielskiej piłce, to mam wrażenie potwierdzenie tego że trwa walka o Czytelnika.
Życzyłbym sobie i redakcji, aby „Tygodnik Powszechny” można było kupić pod kościołem w moim Kołaczkowie (w innych parafiach też), po mszy św. u ministranta jak to się praktykuje z kolportażem prasy katolickiej. Zasługujecie na to! Pozdrawiam i trzymam kciuki!
Tekst ukazał się również na stronie:http://klubtygodnika.pl/