* You are viewing the archive for Listopad, 2008

Jak zabije mnie kaszanka

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ile z tego będzie kaszany?

To nie ulega wątpliwości, pomagałem w rzezi. W kodeksie karnym określone to jest jako współsprawstwo. Woziłem świnie na ohydną śmierć, powinna spotkać mnie zasłużona kara. Kodeksowo wypada jakieś 25 lat więzienia. Jak to paskudne pomocnictwo wygląda już dawno  temu opisałem na pewny blogu, więc zacytuje tylko: Świnia od początku wie, że coś jest nie tak. W patyku pojawia się człowiek, ale nie sypie paszy, ani gnoju nie wyrzuca, tylko nerwowo się kręci. Udaje przyjaciela, czule poklepuje po szczecinie, po karku głaszcze i otwiera…patyk. Świnia głupieje do reszty od namiaru przestrzeni. W drzwiach widzi jakiś dziwny przedmiot, więc załącza ręczny hamulec. Człowiek przestaje być przyjacielem, bo pcha od zadka stukilowego lamora prosto do klatki. Ściśnięte zwierzę w klatce przeraźliwie kwiczy i sra ze strachu(…)
Pan Bóg chciał i uwolnił mnie z funkcji pomocnika farmera. Od kilku miesięcy nie pomagam w rzeziach, więc spodziewam się nadzwyczajnego złagodzenia kary. Jest jednak takie słowo tradycja. Nakazuje ona świniobicie przed Bożym Narodzeniem. Tradycja zostanie dochowana, świntucha ubiją osoby trzecie. Zwłoki: dwie wanienki kiełbas, miska kaszanki ,wiadro smalcu i plaster szynki zostaną mi dostarczone na stół. To dobrze, bo lubię kiszkę smażoną, bo jest tania i dobra.  Lecz świnia może zabić zza grobu. Wystarczy że do kiszki wpuści jad i normalnie po człowieku. To jak mawia klasyk fakt autentyczny o czym można przekonać się tutaj.

Żołnierz idzie w prezesy

zolnierz-batman.jpg

Z niebywałym zadowoleniem przyjąłem wiadomość, że Żołnierz WRZ, będzie startował na fotel prezesa domu kultury. Dom wypełnił się radością. Żona myjąc gary usłyszawszy to zbiła talerz. Synek zaszlochał ze szczęścia. A babcia z dziadkiem wpadli sobie ramiona. Potem wszyscy zatańczyli pogo, żeby do cholery to jakoś uczcić! Gdy na niebie zapaliła się pierwsza gwiazdka wyszedłem na  balkon i wydarłem ryja na wieś: Łubu dubu łubu dubu niech nam żyje prezes naszego klubu, niech żyje nam.
To śpiewałem ja dziennikarzyna drugiej klasy.

Jak niucham blogosferę…

Jestem kundlem, dlatego drapię pazurem. Moja łapa nie brzydzi się śmietniska, toteż zawsze znajdzie suchą kosteczką z odrobiną stęchłego tłuszczyku. Nos mam jak radar, więc wyczuję każde pierdnięcie.  Wtedy merdam ogonkiem i podejmuję trop… Kilka razy wpisy na moim blogu komentował niejaki(a) 62-300.  Zaś potem w panelu administracyjnym zalinkowało mi się cuś takiego: http://62-300.blogspot.com/. To chyba jedna i ta sama osoba. Wszystkie znaki na ziemi i niebie pokazują, że to blog wrzesiński, ale w treści ogólny, i dobrze panie, im nas więcej tym lepiej. Szkoda, że ostatni wpisy z połowy września, no ale cóż będziemy obserwować…

Tańczą nogi, tańczą, jak szalone…

nogi1.jpg

Nogi Izabeli Trojanowskiej w grubych rajstopkach, padał deszcz, było zimno i kompletne zero na odsłuchu

Łzy wzruszenia zalały mi oczy, gdy obejrzałem ten materiał kolegów z PTV, na temat nieuchronnego upadku festiwal. Nawet ciekawie to wyglądało, bo burmistrz wyszedł tu na łotra, który spragnionym kultury mieszkańcom Wrześni chce bestialsko odebrać letnią rozrywkę. Formalnie, z punktu widzenia dziennikarskiego nic kolegom z telewizji nie mogę zarzucić. Nawet ta przypadkowość była ujmująca; zwłaszcza ten pan co festiwal po nocach na TVP Polonia ogląda, a przypadkiem przez rynek przechodził z… tragarzami. Dał znać o sobie również Michał Kosiński, który nie dał się zdjąć jeszcze ze wszystkich funkcji. Zaprawdę interesujące to jest.
Przewidziałem to wszystko pisząc na Małym Robalu (jeden z moich poprzednich blogów): Zresztą nie tylko ja pokazałem dupę festiwalowi, ale również liczna rzesza wrześnian, których miłość do festiwalu osłabła wraz z deszczową i wietrzną pogodą. Dziwne, że w Opolu i Sopocie publika zawsze jest nawet mimo niepogody…Może po prostu frekwencję trzeba zabezpieczyć? Ten festiwal zdechnie prędzej niż później -chyba, że do Wrześni przyjedzie oto ten złóg amerykański(Clapton), wtedy i ja pojawię się w amfiteatrze, obiecuję…
W tym roku Clapton nie przyjechał, ale i tak byłem w amfiteatrze jako latający reporter. Na scenie było tak zajebiście ciekawie, że postanowiłem spojrzeć na dół, czyli na nogi i stopy. Czy panie artysty myją odnóża, czy też nie? Jaka panie teraz moda w obuwiu? No i przede wszystkim po chusteczkę gitarzysta naciska na jakiś pedał, skoro do brzdąkania na strunach służą łapska?
nogi2.jpg

Pan gitarzysta naciskał na pedał, ale po co?

nogi3.jpg

Stopy melancholijne, należą do potencjalnego zięcia…powszechnie znanego

Jak mózg mi uchem wypłynął

 Kiszka. Tak można nazwać, to  co ostatnio zobaczyłem w Kinie Konesera (seanse sponsorowane przez powiat w kinie „Trójka”). Na papierze wyglądało to zachęcająco. Niemy film, miał być okraszony muzyką jazzbandu z Włoch (sic!)  „Światła wielkiego miasta” Chaplina okazał się filmem… śmiesznym. Pojawiła się też ciekawość, no bo przecież to kanon światowego kina o znamionach arcydzieła. Niestety cały efekt popsuła muzyka. „Udźwiękowienie” filmu Chaplina okazał się porażką. Od strony technicznej było niechlujne. Nie zawsze to co było grane, odpowiadało temu co działo się na ekranie. Improwizacja jazzową często zamieniała się w przypadkową kakofonię. Ponadto grano z puszki, często melodie jak z horroru, a było to przecież komediowy romans! No, ale przede wszystkim było za głośno. Dźwięki wżerały się w mózg. Z tego wszystkiego przytuliłem się bardziej do żonki, aby czasem mój móżdżek nie wypłynął mi uchem. Jazz pasuje do filmu Chaplina, jak świni siodło. Nie oznacza, to że nie pasuje w ogóle do filmów niemych. Jeśli ktoś pamięta duet Polański-Komeda, to wie, że wszystko można udanie połączyć. Krzysztof Komeda napisał muzykę do większości filmów Polańskiego, również do jego etiud studenckich, w tym do najsłynniejszej „ Dwaj ludzie z szafą”.  A więc panowie muzykanty Italiano, patrzta i uczta się…  

Pogoniłem nygusów

Reprymenda chyba zadziałała. A może mi się tylko wydaje, że ktoś to czyta. Nie! Nie czyta. Nieważne. Ważne, że zadziałało. Na ten przykład: Edas poszedł w nowy design, a co ważniejsze przemówił, bo dotąd był enigmą. Żołnierz WRZ-tu łaskawie powrócił we wdzianku Batmana, ale ja wciąż i wciąż czekam na powrót burmistrza na sankach, przecież zima za rogiem. Nygusa odpalił Jakub Pera, no cóż…po owocach go poznamy.

Nasz człowiek w Białym Domu

 

Korbol Nicholsona

 

 

Na horyzoncie widzę same podziurawione korbole. Z ich ryjów i oczodołów wydobywa się światło. Straszą. O chusteczka!, myślę sobie. Czy to jeszcze Polska panie, a może my są już Amerykany?
Ostatnio usłyszałem taką oto historyjkę. Ponoć duszka Kacperka można spotkać w lesie. Czai się za drzewami, krzaczkami i robi coś takiego: uhhhhhuuuuu! Normalny człowiek, na ten widok bierz nogi za pas, czyli spier… Ale nie blondynka, nie ona. Ona ma czas i nerwy, z różowej torebki wyciąga komórkę i robi pstryk, pstryk i pstryk. Później koleżankom u fryzjera opowiada story, o tym jak to za sosenką w lesie stał ktoś potężny i strach był jak skur…
Wzruszyłem się do łez. W te cmentarne dni polecam zaś, coś mniej różowego. Kolega Idzikowski przymusza mnie do oglądania filmów Kubricka, więc na tę okazję akuratne jest „Lśnienie”. Duchy, siekierezada Nicholsona, no i słynne: - Here’s Johnny.

 

tb_pathToImage = "http://filip-biernat.pl/wp-includes/js/thickbox/loadingAnimation.gif";tb_closeImage = "http://filip-biernat.pl/wp-includes/js/thickbox/tb-close.png";