Tak ogólnie
1 Comment O, biurwa!
Jestem terrorystą. W szczególności lubię terroryzować wszelakie biurwy urzędowe, z którymi muszę się spotykać w różnych instytucjach. Ten przymus wynika z tego, że biurokraci w swych teczuszkach i kajetach posiadają informacje, które często niezbędne do tego, aby spłodzić mały nawet artykulik. Dlatego trzeba się napraszać. Czasami jest to trudne i denerwujące. Ale w zasadzie lubię to, ponieważ nie ma nic przyjemniejszego popatrzeć jak urzędas zaczyna popuszczać w majtki… Niektórzy boją się już wtedy, gdy muszą w ogóle udzielać informacji, inni zaś gubią się przy zbyt dużej liczbie pytań, albo gdy temat jest kontrowersyjny, wtedy najczęściej odsyłają do biurw wyższego rzędu typu: wójt, burmistrza albo starosta. Terroryzowana biurwa, gdyż już trochę ochłonie na odchodne (albo na dzień dobry) potrafi ugryźć redaktora powiedzmy w łydkę. Taka na przykład biurwa z Kołaczkowa potrafiła mi powiedzieć, żebym nic nie pokręcił, jak ostatnio. Ostatnio, czyli gdy pani wypadła w tekście niezbyt okazale, a dokładnie – skompromitowała się . To znaczy mi i czytelnikom wydawało się (sic!), że się skompromitowała, bo w ocenie biuralistki to ja coś pokręciłem. I co jej zrobiłem? Wdeptałem w ziemię? Zak… z laczka i poprawiłem z kopyta? Ale gdzie tam! – Niech się wygada, najlepiej potakiwać – brzmi instrukcja w redakcji, więc trzeba robić za pajaca.
Gdy do urzędu idę po cywilnemu załatwić jakieś swoje sprawy, jestem pomiatany jak inni petenci, i nawet nie chce mi się tego opisywać, choć mógłbym wziąć srogi odwet, ale…
No to masz przynajmniej ciekawą pracę, trochę jak Brudny Harry…
Nie to co u mnie…nuda.