Dziabonk
Nie podzielam oburzenia mediów, po tym jak Chińczycy na trawniczku w wiosce olimpijskiej znaleźli spitego jak belę Jerzego Sudoła, wiceprezesa Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Raczej zastanawiam się gdzie byli jego koledzy od kieliszka, którzy zostawili go na pastwę skandalu? Chyba to nie koledzy, tylko chuje. Dziwię się również, że dopiero teraz namierzono rzeszę alkoholików na samym szczycie polskiego sportu, byli tutaj od zawsze, tak samo jak są w szkołach, LZS-ach i TKKF-ach. Na przykład we Wrześni i okolicy nauczycielom wychowania fizycznego alkoholizm lub pijaństwo przydarza się często, tak samo jak tak zwanym działaczom sportowym ze wsi, mniejszych i większych miasteczek. To taka mała tajemnica poliszynela. Po tym wyniki na igrzyskach olimpijskich też muszą być pod mocnym aniołem. Zadziwia mnie ten związek małżeński wódki i sportu, bo w mojej ocenie to dwie historie biegunowo od siebie odległe. Chyba że przyjmiemy założenie, że wódka to też sport? I dorobimy do tego filozofię.
Zdziwiła mnie również reakcja Ministra Sportu Mirosława Drzewieckiego, który chce po olimpiadzie porąbać wszystkie związki sportowe w Polsce, za to właśnie pijaństwo i że są takimi małymi PZPN-ami, gdzie panie korupcja, układy i kliki. Pamiętam takie zdarzenie. Podczas prawyborów 2005 we Wrześni pojawił się właśnie M. Drzewiecki – wówczas jeszcze minister w gabinecie cieni i skarbnik PO, który otworzył turniej piłkarski dla młodzieży (zwiedził również nasz stadion miejski i basen przy Gnieźnieńskiej). Za nim to uczynił zjadł obiad i wydaje mi się, że też przyjął dziabonka, albowiem przeprowadzając interwiu w pewnym momencie poczułem zapach olimpijskiego trawnika…